Kultowe szwajcarskie sanki Davos ciągle na topie

Są sportowe tobogany lub sanki typu „luge” z zakręconymi z przodu płozami, plastikowe, płaskie boby z kierownicą chętnie używane przez dzieci, metalowe sanki z foliowym siedzeniem czy śnieżne rowery Velogemel z Grindelwaldu. Wszystkie powyższe są szybsze i zwrotniejsze od sztywnych, topornych sanek typu Davos. A jednak już od wielu wieków ten model sanek kradnie serca dzieci i dorosłych.

Na trasie z Almendhubel do Murren, widok na Jungrfrau. Sanki nr 1 i 2 to niestety tylko marne kopie Davosów

Klasyczne Davosy to nic innego tylko sanki, jakie malują dzieci na swoich obrazkach. Takie sanki typu sanki, jakie znamy z dzieciństwa. Drewniane, z dwoma płozami połączonymi z przodu metalową rurką, do której przywiązany jest sznurek. Jak mówi szwajcarski wytwórca sanek, Paul Burri, najlepsze sanki mają od 80 do 130 centymetrów długości i wykonane są z drewna jesionowego, które jest jednocześnie twarde i elastyczne. Dzięki temu drewno używane do produkcji płóz wygina się, ale nie pęka, a deski, na których się siedzi są w stanie utrzymać wagę saneczkarza. Co ciekawe, wyrób rzemieślniczy nigdy nie jest identyczny – każde sanki mają nieco inaczej wygięte płozy, więc bywają sanki szybsze lub wolniejsze… Co je łączy? Na każdym klasycznym modelu wypalona jest nazwa „DAVOS”.

Czytaj dalej …

Co nie-narciarze mogą robić zimą w Szwajcarii?

– Gdzie by tu pojechać na ferie zimowe?

– Może do Szwajcarii?

– Ale ja nie jeżdżę ani na nartach ani na desce, a ja nie chcę siedzieć w knajpie i pić grzańca przez cały czas… Lubię aktywny wypoczynek.

– No to przecież mówię: do Szwajcarii!!!

Autor: Cristina Munteanu, Źrodło: Unsplash

Rozumiem wątpliwości Pana, który nie jeździ. Sama niby jeżdżę, ale praktycznie jednak nie. Boję się prędkości, więc jak robi się dla mnie za ekstremalnie, to się po prostu przewracam i niewinnie sobie koziołkuję w dół. To było fajne, gdy jeszcze byłam młodą łanią, ale teraz ze skrzypiącymi kośćmi wolę jednak trzymać się pionu… lub poziomu. Ale poza tym uwielbiam się ruszać i męczyć.

Czytaj dalej …

Szafuza (Schaffhausen), czyli wiele anegdotek o jednym, małym kantonie

Uwielbiam polskie odpowiedniki szwajcarskich nazw. Niezbyt inspirujące nazwy niemieckie lub francuskie po polsku mają niesamowity potencjał narracyjny! Aargau, który po niemiecku brzmi tak interesująco jak anagram „regału” to średniowieczna Argowia z rycerzami i damami dworu. Kanton Graubünden, o którym po niemiecku można powiedzieć tyle, że jest szary i nijaki, pod nazwą Gryzonia żyje w mojej głowie jako kraina rządzona przez mordercze świstaki. Za to Schaffhausen – szafa w porządnym niemieckim Hause – to Szafuza, podstarzała szafiarka ze skrzeczącym głosem niegdyś seksownej nałogowej palaczki.

Dziś bierzemy na warsztat szafiarkę. Czy naprawdę niegdyś była seksowna, a dziś już nie? Ha! To pewnie zależy od gustu, ale jedno mogę powiedzieć o tym malutkim kantonie – niewiele jest miejsc w Szwajcarii, których dotyczy tak wiele anegdotek i ciekawostek. Szafuza – to dopiero jest osobliwość!

Czytaj dalej …

Berno owiane tajemnicą. Nieznane historie szwajcarskiej stolicy

Zapraszam na artykuł gościnny Blanki Łęgowskiej-Genini, autorki Randek z Frankiem Szwajcarskim. Blanka opowie Wam dziś o sekretach Berna. Zna je od podszewki – w końcu jest mieszkanką Berna od 5 lat. Artykuł jest częścią cyklu „Dzień Kantonów”. Jeśli przegapiłeś wpis o kantonie Berno, kliknij TU.

panorama Berna

Nieznane strony Berna

Berno to administracyjna stolica Szwajcarii, piąte miasto pod względem wielkości w tym małym, alpejskim kraju. Jest wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, znane z przepięknej, średniowiecznej starówki, wielu ulicznych fontann i dwóch symboli miasta – misiów i wieży zegarowej Zytglogge.

O tym wszystkim można przeczytać w Wikipedii i każdym przewodniku turystycznym.

Ale Berno ma też swoje tajemnice. Historie znane tylko wyjątkowo dociekliwym turystom.

Czy słynna Zytglogge to na prawdę wieża zegarowa? Jak długo mieszkają już misie w Bernie?

Zapraszam na zwiedzanie stolicy Szwajcarii od kuchni i od podszewki.

Czytaj dalej …

Szwajcaria w pigułce – kanton Berno

To niełatwe zadanie napisać o centralnym kantonie, w którym znajduje się stolica-nie-stolica Szwajcarii – Berno. Po pierwsze – kanton Berno ma bardzo ciekawą historię i jeszcze ciekawszą teraźniejszość. Niegdyś szwajcarski dominator znienawidzony przez sąsiednie kantony przez swoją ekspansywną politykę zewnętrzną. Obecnie na tyle osłabiony, że pełni rolę stolicy kraju. Sic, dobrze przeczytaliście to pełne paradoksów zdanie. Nie na tyle silny, ale na tyle osłabiony, żeby pełnić rolę stolicy Szwajcarii. Szwajcarskie kantony nigdy by się nie zgodziły, żeby wzmocnić jedno miasto kosztem innych umieszczając tam stolicę. Dlatego nie jest nią największy Zurych, ani dominująca w części francuskojęzycznej Genewa. Berno jest niewielkie, nie jest centrum biznesowym ani nawet nie ma lotniska. Nie zagraża zdecentralizowanej Szwajcarii. Ale żeby się upewnić, że na pewno nie zagraża, tak na wszelki wypadek Szwajcarzy nie wpisali swojej stolicy do konstytucji. Berno jest tylko miastem związkowym, siedzibą rządu i większości instytucji państwowych. Czyli de facto można by i je nazwać stolicą, ale de jure nią nie jest.

Kolejna przyczyna, dla której, jak pisałam wcześniej, kanton Berno jest niezwykle trudny do opisania jest jego rozległość i różnorodność. Zwykłam nawet mówić, że kanton Berno najbardziej ze wszystkich kantonów przypomina Szwajcarię w pigułce. No bo w końcu są Alpy, samo serce Alp ze spektakularnym Berneńskim Oberlandem. Są jeziora, a konkretnie Region 3 Jezior – Jezioro Neuchatel, Biel i Murten. Średniowieczne miasta i miasteczka jak Berno czy Thun. Wielojęzyczność? Ależ proszę bardzo! Niech za siebie mówią chociażby dwujęzyczne nazwy miast takie jak Biel/Bienne. Mamy tu emblematyczną rzekę Aare o mlecznoturkusowym kolorze, w której Szwajcarzy uwielbiają dryfować po pracy i do pracy i w przerwach w pracy… Jeśli chcesz poznać Szwajcarię na podstawie tylko jednego kantonu – zdecydowanie powinieneś wybrać kanton Berno!

Czytaj dalej …

Przewodnik po grobach pięknych, słynnych i utalentowanych w Szwajcarii

Za kilka dni Święto Zmarłych. Niektórzy pastują nagrobek stryjenki szwagra i kozaki wygrzebane ze strychu. Inni po raz pierwszy od świąt wyprowadzają z garażu stare Mercedesy, bo przecież kozaki są do wyglądania, a nie do marszu na cmentarz. Jeszcze inni… siedzą na emigracji i z nostalgią wspominają paskudny zapach pasty „Grobix”, poparzone palce i złowrogie spojrzenia babci „że też nie chciała nałożyć tego futra, w którym by przyćmiła pół wsi”. I wybiła zapachem pół wsi, droga babciu, także przepraszam, idę w kurteczce – żulerce i niech wszyscy na mnie fukają, że biedna. Ale teraz, po latach, to nawet bym to futro nałożyła (ale tylko w komplecie z maską typu słoń) i powypalała sobie dziury w rękawiczkach zapalając znicze i poszła w nocy na taki przepięknie płonący polski cmentarz…

Źródło: newlyswissed.com

Tak to jednak jest, Panie i Panowie, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Dla moich zmarłych przodków zapalę znicz na balkonie – znicz made in Poland, notabene, dostępny tu w wielu sklepach, a dla żywych kamratów – emigrantów napiszę krótką ściągę z interesujących grobów w Szwajcarii.

Czytaj dalej …

Tajemnicza łódź z niekoniecznie posępnym przewoźnikiem

Po śmierci na brzegi rzeki Styks czeka posępny starzec w starej łodzi – Charon. Za 1 obola, który zapobiegliwa rodzina wkłada pod język zmarłego przewoźnik zabiera jego duszę na drugą stronę rzeki do Krainy Zmarłych. Biada temu, kto chce uciec z tego ponurego miejsca. Starzec mimo swojego cherlawego wyglądu jest potężny i bezlitosny… – ten właśnie obraz pojawił się przed oczami mojej wyobraźni, gdy usłyszałam, że w telewizji szwajcarskiej będzie wyemitowany reportaż na temat przewoźników, którzy przeprawiają mieszkańców i turystów przez rzeki w swoich niewielkich drewnianych łódkach. Wiedziałam dobrze, że mowa o Renie czy Aare, ale nie mogłam pozbyć się poczucia nierealności, jakby drugi brzeg rzeki był metaforą, a rzeczona przeprawa czymś więcej niż tylko środkiem transportu.

Źródło: Deviantart, Autor: Sangrde, Nazwa: Charon the Ferryman

No bo kto w dzisiejszych czasach używa łódek do przeprawy? Po pierwsze, niewiele osób spaceruje, a samochód nie mieści się do łódki. Po drugie, nie ma to żadnego uzasadnienia ekonomicznego. Zatrudnienie przewoźnika kosztuje majątek, szczególnie w Szwajcarii, a przeprawa tylko kilka srebrnych pieniążków (owszem, szwajcarskich, ale zawsze). Nie mówimy tu przecież o łódkach turystycznych ani promach, ale o środku transportu. Po trzecie, dlaczego nie wybudować w tym miejscu mostu albo chociaż kładki dla pieszych? Przecież przewoźnik większość czasu i tak czeka na wędrowców na brzegu rzeki niczym troll z bajek.

Czytaj dalej …

Zurych na wycieczkę

Nie ma co dublować mojego przewodnika po Szwajcarii i opowiadać o zuryskich zabytkach, uroczych uliczkach, czy przepięknym brzegu jeziora. Jeśli Wasz dziób dopiero dumnie mierzy w stronę do Zurychu, zmieńcie kurs do najbliższej księgarni po książkę „Szwajcaria i Liechtenstein. Inspirator Podróżniczy”. Jeśli jesteście już w Szwajcarii i polskie zbiory książkowe nie są Wam po drodze, dajcie znać – mam 10 egzemplarzy awaryjnych na takie okazje.

Dzisiejszy artykuł jest częścią cyklu „Dzień Kantonów”, w którym znęcam się nad wszystkimi częściami administracyjnymi Szwajcarii w sobie tylko znanym porządku.

Autor: Robbie Shade, Flickr

Poprzednio męczyliśmy kanton Zurych życiowo, dzisiaj – turystycznie. Postanowiłam podać kilka różnych propozycji spędzenia wolnego czasu w tym kantonie. Od upału do niepogody, dla dzieci i dla dorosłych, edukacyjnie, relaksacyjnie i wieczorowo. Wydarzenia, miejsca, kluby i tradycje.

Zapraszam do zuryskiego turystycznego kogla-mogla:

  1. Rejs po Jeziorze Zuryskim

Polecam szczególnie długą, romantyczną wyprawę na zachód słońca na jeziorze! Statki odpływają z Burkliplatz. Nie trzeba kupować biletów wcześniej, ale warto zrobić rezerwację do pływającej restauracji, jeśli morzy nas głodek, szczególnie w słoneczne weekendy. Honorowane są zniżki na abonament połówkowy Halbtax/demi tariff. Można wysiąść na drugim końcu jeziora na malowniczej wyspie Ufnau i tam zwiedzić ruiny starego klasztoru i posilić się w restauracji. Co ciekawe, na wyspie pasą się krowy, które wczesną wiosną przypływają na nią… specjalnym krowim łodzio-promem.

Czytaj dalej …

Święto Winobrania w Vevey raz na pokolenie

Jeśli jesteście kolekcjonerami rzeczy niepowtarzalnych, nie możecie ominąć tegorocznego Święta Winobrania. Fête de Vignerons organizowane jest od 1797 roku tylko raz na pokolenie – co 20 – 25 lat. Od 18 lipca do 11 sierpnia oczy świata będą zwrócone w stronę niewielkiego szwajcarskiego miasta na brzegu Jeziora Genewskiego – Vevey.

Hajlajtem święta jest niewątpliwie spektakl, który będzie rozgrywał się każdego wieczoru na olbrzymiej arenie (17 500 m2) mieszczącej 20 tysięcy widzów. Zapowiedzi reżyserów robią wrażenie: 5 scen, 5500 aktorów, chór złożony z 1000 osób, tancerze, spektakularne efekty wizualne i przedstawienie najważniejszych szwajcarskich tradycji, takich jak zejście krów z hal, dzień Świętego Marcina, czy szwajcarskie wiejskie wesele. Budżet Fête de Vignerons – 100 milionów franków szwajcarskich – też wprawia w osłupienie.

Czytaj dalej …

Daleko od zgiełku – termy w Bad Zurzach

Do term zostałam zaproszona przez Marcina już we wrześniu, ale wieczny brak czasu i długo gojące się tatuaże sprawiły, że do Bad Zurzach dotarłam aż pół roku później. Tak, dobrze słyszycie – przez Marcina! Nasi tam rządzą (a przynajmniej nasz), a gdy nasi tam rządzą, to we mnie rodzi się taka dziwna, atawistyczna duma, która mi każe wspierać ich przedsięwzięcia. Bo my jesteśmy po prostu dobrzy, kreatywni i świetnie zorganizowani i zasługujemy na to, żeby grać pierwsze skrzypce. I co ciekawe, często w Szwajcarii te pierwsze skrzypce gramy. Ten artykuł jednak ma nie być polonocentryczną pieśnią pochwalną, ale relacją z pobytu w termach w Bad Zurzach.

Bad Zurzach to malutkie, nadreńskie miasteczko położone w północnym kantonie Argowia tuż przy granicy z Niemcami. Co prawda mieszkam we francuskojęzycznym Vaud aż 2 i pół godziny od Bad Zurzach, ale nie mogłam odmówić przyjazdu. Po pierwsze, podróż do mało znanej mi Argowii to okazja na poznanie nowych miejsc, a po drugie liczyłam na nocne Polaków rozmowy, bo Marcin nie przejmując się konwenansami zaprosił nas do siebie.

– Co będziecie spać po hotelach, jak możecie spać u nas 3 minuty na piechotę od termów w warunkach all-inclusive.

Zabrałam więc strój kąpielowy, klapki i niejaką Martę i wyruszyłam na przygodę!

Czytaj dalej …