Obrona duchowa, czyli szwajcarska propaganda w trakcie II wojny światowej

Jak sprawić, żeby bogu ducha winny Ticinese, Berneńczyk, czy Lozańczyk poczuł się jak Szwajcar?… Co zrobić, żeby Nicolasa z Neuchatel nie uciekł ze Szwajcarii i nie przyłączył się francuskiego ruchu oporu na wieść o zbrodniach nazistów? Jak przekonać przerażonego niezwykle skuteczną hitlerowską machiną propagandową Johana z Zurychu, że obrona za wszelką cenę ma sens? Jak wytłumaczyć Francesco z Lugano, że jego rodacy Johan i Nicolas są mu bliżsi mentalnościowo niż koledzy zza włoskiej granicy? Na takie pytania musiały odpowiedzieć władze Szwajcarii przed i w trakcie II wojny światowej. Konieczność utrzymania jedności narodu i gotowości do obrony mimo beznadziejnej sytuacji zewnętrznej skutkowały powstaniem ruchu polityczno – kulturalnego, który tuż przed wybuchem II wojny światowej został podniesiony do rangi polityki państwowej. Obrona duchowa Szwajcarii (po niemiecku: Geistige Landesverteidigung; po francusku: Défense spirituelle), jak mówią niektórzy, stała się cywilną religią Szwajcarów w czasie wojennych zawieruch początku XX wieku.

Po co właściwie przypominać Szwajcarom, że są Szwajcarami?

Obecnie Szwajcarzy jednoznacznie identyfikują się ze swoim narodem. Owszem, koło czerwonych flag z równoramiennym krzyżem powiewają flagi kantonów, ale nikt nie ma żadnych wątpliwości, jaka jest jego tożsamość. W przeszłości jednak wcale to nie było takie oczywiste.

Czytaj dalej …

Szwajcaria w Hollywood (i nie tylko)

Szwajcaria ma niezłe plenery, tego nie da się zaprzeczyć. Ma też tajemnice, złoto i nimb ekskluzywności, który sprawia, że jest świetnym tematem i scenerią filmów. Zastanawialiście się, w jakich hitach „grała” Szwajcaria?

  1. Zdecydowany numer jeden to seria filmów z Jamesem Bondem. Co tu dużo gadać, spektakularne triki kaskaderskie wymagają spektakularnych krajobrazów, a tych Szwajcaria ma w bród. Jakie „szwajcarskie” sceny przeszły do historii kina?

Jeden z najbardziej widowiskowych numerów to skok z tamy w pierwszej scenie „Goldeneye” z 1995 roku. Rosyjską tamę grała tutaj niezwykle fotogeniczna 220-metrowa tama na rzece Verzasca we włoskojęzycznym Ticino. Co ciekawe, wielbiciele Jamesa Bonda i mocnych wrażeń mogą powtórzyć skok agenta na bungee za jedyne… 255 franków…

Kolejny Bond, którego sceny alpejskich pościgów były kręcone w Szwajcarii to „Szpieg, który mnie kochał” z Rogerem Moorem z 1977 roku. Tym razem Bond popisywał się swoimi umiejętnościami narciarskimi uciekając przed rosyjskimi agentami w okolicy St. Moritz.

Czytaj dalej …

Wilhelm Tell – legenda czy prawda?

Śmiało można przyjąć, że legenda o Wilhelmie Tellu jest fundamentem, na którym zbudowano świadomość narodową Szwajcarów, zaś pomnik Tella na rynku w Altdorfie jest niemalże miejscem pielgrzymek patriotycznie nastawionych Helwetów. Nie ma w tym nic dziwnego i zdrożnego. W końcu legendy stanowią jedną z podstaw tożsamości narodowej. Wiele z nich dotyczy początków danego narodu próbując odpowiedzieć na pytanie: skąd my się w ogóle wzięliśmy? Historykom (rzadziej archeologom) trudno odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zazwyczaj, z braku źródeł pisanych, początki państw czy narodów giną w mroku dziejów. Nauka rzadko też udziela prostych i jednoznacznych odpowiedzi, a tego najczęściej domagają się ludzie.

Pomnik bohatera legendy w Altdorfie.

W jakim stopniu można ufać owym „opowieściom o początkach”? Czy należy uznać, że to bajki i mity, które nie mają nic wspólnego z prawdą? Czytaj dalej …

Polacy w Vaud – od Mickiewicza do korporacji

Malowniczy brzeg Jeziora Genewskiego z górami posypanymi cukrem-pudrem (jak zwykła mawiać córka Adama Mickiewicza) i turkusowym jeziorem od wieków przyciągał bogatych i sławnych. Ilość rozpoznawalnych nazwisk skupiających swoje posiadłości w tym jednym miejscu potrafi zawrócić w głowie. Gdybym tylko mogła przenieść się w czasie, żeby napić się rumu z Hemingwayem lub zobaczyć ten słynny dym na jeziorze uwieczniony przez Deep Purple… Ale dziś nie będziemy wałkować tematu ani imć dymu ani Freddiego Mercurego w triumfalnej pozie. Jeśli macie ochotę o nich poczytać w kontekście Szwajcarii, zajrzyjcie TUTAJ.

Dziś zajmę się czym innym – związkami Polaków z kantonem Vaud. Wiele razy zabierałam się do tematu słynnych Polaków w Szwajcarii i za każdym razem ogłaszałam kapitulację! W końcu można by o tym napisać wielotomową książkę, a nie lekkostrawny artykuł. Tak wielu Polaków wywarło wpływ na obecną Szwajcarię! Weźmy pod uwagę chociażby tych bezimiennych internowanych polskich żołnierzy w trakcie II wojny światowej, którzy budowali szwajcarskie drogi tzw. Polenweg… Zasługują na solidną wzmiankę na Blabliblu, której się jeszcze nie doczekali. Ale to nie dzisiaj!

Dzisiaj swoje miejsce otrzymają słynni Polacy w Vaud. Zaczniemy od Adama Mickiewicza, wspomnimy Karola Szymanowskiego i zatrzymamy się na dłużej przy Paderewskim i Sienkiewiczu. Zakończymy natomiast współczesnością! Jaka jest dzisiejsza Polonia w kantonie Vaud? Dobrze zintegrowana, czy żyjąca w gettach? Pracująca na wysoko wykwalifikowanych stanowiskach czy raczej dorabiająca? Czytaj dalej …

Belalp Hexe czyli uwaga, wiedźmy na stoku!

Panie i Panowie, na Blabliblu pisze gościnnie KOBIETA! Tak, tak, prawdziwa kobieta! Nawet ma długie włosy i się maluje! Maluje! Na kolorowo! :O Powitajcie z entuzjazmem (bo jeszcze ucieknie i już nie wróci) Kaję Kurczewską:

———————————————————–

Co roku w styczniu alpejski ośrodek narciarski Blatten-Belalp w Szwajcarii schodzi na… czarownice! I to całkiem dosłownie. Z okrzykiem „D’Häx isch los!“ (czyli w wolnym tłumaczeniu, “z drogi śledzie, wiedźma jedzie!”) dziesiątki narciarzy i narciarek szusują w najbardziej szalonym wyścigu alpejskim w całej Krainie Sera i Czekolady.

W niemieckojęzycznej części kantonu Wallis w miejscowości Blatten od 35 lat odbywa się impreza której nie może przegapić żaden szanujący się fan nieco bardziej alternatywnego narciarstwa – Hexenabfahrt. Na jeden tydzień w styczniu stoki Belalp przejmują najprawdziwsze czarownice. Skąd pomysł na to aby wiedźmy szusowały w styczniu w Alpach? Czy nie powinny aby wtedy siedzieć w jaskiniach i warzyć eliksiry z ogonów jaszczurzych na potencję czy szczęście w miłości? Otóż, jak głosi po trochu legenda, a poniekąd również historia regionu Wallis, na przełomie XVI i XVII wieku okolice Blatten borykały się z plagą czarownic, a zwłaszcza z jedną konkretną wiedźmą która ponoć ukatrupiła była swego szanownego małżonka. Z problemem radzono sobie w dość standardowy sposób – podejrzane o ten proceder kobiety palono na stosach. Ku upamiętnieniu tej dość makabrycznej tradycji, a także aby zachęcić turystów do odwiedzania Belalp również w styczniu (znanym w branży turystycznej jako “martwy okres”), w latach 80-tych ubiegłego stulecia kilku pasjonatów białego szaleństwa wpadło na pomysł zorganizowania w styczniu właśnie wyścigu narciarskiego w przebraniach czarownic. Idea przypadła do gustu włodarzom Blatten i tak oto rozpoczęła się ponad 35-letnia już tradycja. „Używamy utożsamiania się z czarownicą Belalp nie tylko w styczniu, ale przez cały rok”, wyjaśnia Frédéric Bumann, dyrektor Belalp Bahnen, kolejek linowych i gondoli wożących narciarzy i turystów na stoki Belalp na wysokość 3112 m. „Jednocześnie jest to bardzo popularne medium reklamowe zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym”. Czyli nie taka wiedźma straszna jak ją malują, czy coś w ten deseń. 

Czytaj dalej …

Räbeliechtli – paradę z lampionami z rzepy czas zacząć!

Czy zrobiliście w tym roku lampion z dyni? A może jednak… z rzepy? Jeśli to drugie, to znaczy, że Wasze dzieci na pewno chodzą do szwajcarskiego przedszkola!

Gdy nadmiar cukru i wspomnienia udanych psikusów sprawiają, że mali Amerykanie zapadają w po-haloweenową drzemkę trwającą do świąt, mali Szwajcarzy niemieckojęzyczni pracowicie rzeźbią swoje rzepy i przygotowują się do tradycyjnego listopadowego pochodu z lampionami w dłoniach – Räbeliechtli!

FullSizeRender
Zdjęcie: Anna Stępień

Czytaj dalej …

Szwajcarski design, czyli subiektywny zbiór rzeczy prostych i pięknych

… i użytecznych, choć nie w każdym wypadku.

Oto szwajcarska odpowiedź na wszechobecny szwedzki minimalizm, który daje wrażenie, że wszystkie wnętrza i elementy dekoracji wyglądają tak samo (i stosowane bezmyślnie mogą być nudne jak flaki z olejem). Macie już dosyć białych, nieoheblowanych mebli o nazwie Kotbular, co najprawdopodobniej znaczy „jesteś prosiaczkiem, ty nie-Szwedzie”? Zaproponuję Wam chłodną logikę, ponure piękno industrializmu i hipnotyzującą precyzję najdrobniejszych detali w bardzo szwajcarskim stylu.

Nie jestem wielką znawczynią sztuki, więc nie chcę tego przedstawiać jako dominujący trend w Szwajcarii i dorabiać do tego jakieś szumne ideologie. Ot tak, po prostu, wybrałam dla Was kilka elementów szwajcarskiego designu i sztuki, które razem tworzą całkiem spójny obraz.

Szwajcarski Zegar Kolejowy Mondaine

Klasyka XX-wiecznego szwajcarskiego designu obecna na każdym szwajcarskim dworcu kolejowym. Minimalistyczny czarno-biały zegar z czerwonym akcentem został zaprojektowany przez szwajcarskiego inżyniera Hansa Hilfikera w 1944 roku na zamówienie Szwajcarskich Kolei. Wskazówka sekundowa, której kształt jest inspirowany sygnalizatorem dróżnika została dodana dopiero w 1953 roku.

Mechanizm zegara Mondaine jest dostosowany do szczególnych wymagań kolei. Wszystkie zegary kolejowe są zsynchronizowane: o każdej pełnej minucie otrzymują impuls elektryczny od głównego zegara sterującego. Ten impuls przesuwa wskazówkę o jedną minutę. Czerwona wskazówka sekundowa przesuwa się niezależnie od głównego mechanizmu sterującego. Jej obrót dookoła osi zegara nie trwa minutę, ale 58,5 sekundy. Następnie wskazówka zatrzymuje się 1,5 sekundy na górze czekając na impuls, żeby rozpocząć kolejną rotację.

Czytaj dalej …

Ostatni rewolucjoniści. Szwajcarski Belfast i spór o tożsamość

Posłuchajcie historii o jurajskich separatystach! Tak, tak, Szwajcaria też ma swoich buntowników. Nikt jednak nie jest aż takim straceńcem, żeby próbować się od niej odłączyć. Co to to nie – a nawet odwrotnie – niektórzy nieśmiało, i trochę w żartach, proponują przyłączenie się do Konfederacji („A jakby tak wypowiedzieć wojnę ze Szwajcarią i od razu się poddać?”).

Szwajcaria ma za to buntowników międzykantonalnych! Żeby jednak pojąć całkowicie problematykę walki o autonomię regionów, musicie zrozumieć, że szwajcarskie kantony o to wiele więcej niż nasze województwa. Można je porównać do amerykańskich stanów, choć to jest również niezbyt trafione zestawienie. Otóż Szwajcarzy mają bardzo emocjonalne podejście do swoich kantonów. Zwykło się mówić, że mieszkańcy górskiego kantonu Valais są przede wszystkim Valaisańczykami, a dopiero potem Szwajcarami, tak samo jak mieszkańcy włoskojęzycznego Ticino – przede wszystkim Ticinesi… Na domach flagi kantonów powiewają na równi z białym krzyżem na czerwonym tle, a przywiązanie Szwajcarów do swoich regionów jest wręcz legendarne i można o nim opowiadać godzinami. Na przykład, według moich nieformalnych doniesień, w niektórych regionach nie da się kupić nieruchomości bez nazwiska pochodzącego z danych okolic (nawet rodowity Szwajcar z innego kantonu nie będzie w stanie nic wskórać!).

W tych pięknych okolicznościach przyrody jest jeden podzielony region. Mieszkańcy Moutier już w przyszłym tygodniu zdecydują, dla kogo bije ich serce… Ale o tym opowie Wam Tomek Streit, gość na moim blogu. (Powitajcie Tomka brawami, róbcie sobie kawkę i zasiadajcie do lektury!)

Na fladze kantonu Jura znajduje się pastorał albo po prostu biskupia laska (ten sam symbol widnieje we flagach kantonów Basel-Stadt i Basel-Landschaft) i siedem biało-czerwonych pasów, które symbolizują siedem historycznych okręgów, z których składało się katolickie Biskupstwo Bazylei. Połowa z nich należy obecnie do kantonu Bern. A jeden do Francji.

Czytaj dalej …

O stukrotnej śmierci piękna i sprzedaży siebie

Dzisiejszy artykuł będzie dziwny. Dużo słabo powiązanych ze sobą historii i zero pointy. Ale ja po prostu nie mam do tego żadnej pointy. Albo inaczej: mam, ale taką babciową, o tym, że świat schodzi na psy, a piękno umiera. I nikogo to kurwa nie obchodzi.

One of the wonders of the world is going down (…)

It’s one of the blunders of the world that noone cares, noone cares enough

Tak śpiewał mój ukochany Porcupine Tree w „Sound of Muzak” na płycie „In Absentia”, za którą notabene dostał solidne bęcki od true fanów. Bo niby płyta za ostra, za ciężka, znaczy się… zespół się sprzedał. Gdyby ironia miała imię… Wróćmy jednak do moich anegdotek.

Pierwsza historia będzie bardziej o biznesie niż o pięknie. Niedawno zadzwonił do mnie szwajcarski kolega z prośbą o pomoc. Sprawa tyczyła się kilku polskich klientów, z którymi nie za bardzo wiedział, co zrobić. Żebym zrozumiała cały problem, wytłumaczył mi kontekst. Kolega stworzył ze swoją ekipą dość popularny program. Otóż, żeby pozbyć się nieustannych próśb o wsparcie techniczne i wszechobecnego hejtu, postanowił, zamiast oferować swój program za darmo dla podstawowych użytkowników, sprzedawać licencję… za 1 dolara na rok (albo 2 dolary – szczegółów nie pamiętam). Śmiał się z tego bardzo, że tą jedną decyzją wymiótł sobie genialnie swoje podwórko. Bo stracił jakieś 60% użytkowników, ale razem z nimi odszedł… hejt! No, prawie… i dlatego ja mu byłam potrzebna.

Czytaj dalej …